Podróże

Rzeczka

8.jpg Rzeczka - Wielka Sowa

Po tygodniu od mojego powrotu do domu z malowniczego Sokolca (zdjęcia i moją relację z tego wyjazdu możecie zobaczyć tutaj) stęskniona za górami zarezerwowałam pokój, spakowałam plecak, kupiłam bilet i pojechałam.

Z krótką przesiadką we Wrocławiu dotarłam do Ludwikowic Kłodzkich skąd wybrałam się na ponad 6 kilometrowy spacer do miejscowości o wyjątkowej nazwie Rzeczka. Droga zajęła mi ponad 2 godziny, co gdyby nie ciężki plecak byłoby bardzo przyjemne. Po szybkim prysznicu od razu wyruszyłam w góry. Cel – Wielka Sowa!

Na wieczór umówiłam się ze znajomymi, których poznałam podczas mojej poprzedniej wizyty w górach. Długie rozmowy przeciągnęły się do późnych godzin nocnych. Kiedy wróciłam, na zegarze było około 3, poszłam więc od razu spać po to, aby wcześnie rano wyruszyć na kolejne górskie wędrówki.

Zarówno w życiu jak i w górach lubię chodzić własnymi ścieżkami. Ale w życiu bardzo lubię stawiać sobie cele i dążyć do ich zrealizowania natomiast w górach lubię nie mieć celu i iść tam, gdzie poniosą mnie nogi. Dlatego zazwyczaj kiedy zaczynam chodzić wydeptanymi ścieżkami, po drodze coś idzie nie tak, po to, abym przypomniała sobie, że utarte schematy i obrane przez kogoś drogi nie są dla mnie.

Tak było i tym razem. Kiedy wybrałam się szlakiem na Małą Sowę, doszłam do Wielkiej. I kiedy szukałam z powrotem Małej uświadomiłam sobie, że nie po to tam pojechałam. Bo mnie wcale nie chodzi o zdobywanie szczytów i odhaczanie turystycznych punktów. Przyjechałam żeby być, odkrywać to, co nieznane, doświadczać…

Zaczął padać deszcz, miałam już wracać kiedy dotarło do mnie, że przecież nie przyjechałam też, żeby siedzieć w hotelowym pokoju, nawet jeśli jest położony w tak uroczym miejscu jak Rzeczka a z okien rozpościera się widok na góry.

Ruszyłam przed siebie, raz skręciłam w lewo, innym razem w prawo, czasem szłam prosto. Nie zastanawiałam się dokąd idę, co spotka mnie po drodze. Po prostu szłam. Przez błoto, górski potok. W krótkich spodenkach i bluzce na krótki rękaw, z plecakiem na plecach i aparatem na szyi. Bateria w aparacie padła, bo zapomniałam naładować, a deszcz zaczynał padać coraz mocniej. A ja szłam i byłam najszczęśliwszą osobą na świecie. W pewnym momencie stanęłam. Rozejrzałam się dookoła i nie wierzyłam własnym oczom. Ten widok był nie do opisania… Zatrzymałam się na chwilę, usiadłam na skale, cała mokra, w deszczu, siedziałam i rozkoszowałam się tą właśnie chwilą.

Z miejsca, w które dotarłam ciężko było się wydostać. Żeby dotrzeć do hotelu, szłam przez podwórka w ulewnym deszczu, który ani na chwilę mnie nie opuścił.

W pokoju nie spędziłam zbyt dużo czasu. Wysuszyłam się, przebrałam i… ruszyłam dalej. Zaplanowałam krótki spacer ale przeciągnął się do późnego wieczora. Potem wpadłam do znajomych na ognisko i wróciłam do hotelu.

Zachęcona opowieściami znajomych o nocnych spacerach na Wielką Sowę, postanowiłam w tę ostatnią noc, sama przekonać się jak tam jest. Wzięłam plecak i ruszyłam przed siebie. Już po kilku minutach drogi zepsuła mi się latarka, użyłam więc tej w telefonie i po 40 minutach z dumą w sercu byłam już na szczycie. O 1 w nocy było tam cudownie. Gdzieniegdzie słychać było biegające zwierzęta i przerażający szum drzew ale radość z dotarcia tam w nocy była niesamowita. Położyłam się na ławce i poczułam, że odpływam. Po chwili z obawy, że zasnę tam na szczycie, w środku nocy, sama, wstałam i ruszyłam z powrotem.

Po kilku minutach drogi rozładował mi się telefon. Stałam więc w ciemności i zastanawiałam się co robić? Wtedy przypomniało mi się, że w plecaku mam jeszcze tablet, co prawda miał słabą baterię, ale padł dopiero na ostatnim odcinku drogi. Dotarłam do hotelu a następnego dnia rano umówiona dzień wcześniej z kierowcą turystycznego autobusu, ruszyłam w drogę powrotną, jadąc wesołym autobusem z dziećmi wracającymi ze swoich letnich kolonii.

Rzeczka okazała się być cudownym miejscem do aktywnego odpoczynku.

Poniżej kilka ujęć z mojego wyjazdu w Góry Sowie.

1

2

3

4

5

6

10

11

12

13

14

9

Dodaj komentarz